Liczniki
RSS
czwartek, 06 września 2018

Prog rock wydał na świat mnóstwo kapitalnej muzyki. Wydał też sporo albumów, które być może nie narzucają się bezczelnie ścianą dźwięku, nie podbiły list przebojów. Powstały po to, żeby sobie o nich przypominać, same odwdzięczając się przy tym klimatem i pewnym rodzajem ulotnej magii. 

To Our Children's Children's Children Moody Blues. Rok 1969, zespół wydaje płyty taśmowo, co dziwne ilość idzie w parze z jakością. I wydaje taką piękną, pastelową płytę. Co tu mamy? Sporo charakterystycznej gry Haywarda, piękny jak zawsze mellotron i flet. I Melodie. Urzekające swoją lekkością i delikatnością. 

Z pewnością jest to płyta, której trzeba słuchać w całości, wtedy najlepiej oddaje swój urok. Czy można coś wyróżnić, na tak równym albumie? Właściwie wszystko: czy to będzie dynamiczny otwierający Higher and Higher, czy maleństwa Haywarda czy Out and In albo Candle of Life. Jest tutaj też Watching and Waiting. Piosenka, której urok jest tak wielki jak i wielki jest urok Nights in White Satin. 

I hope it won't be very long

Watching and waiting

For someone to understand me

Trudno opisywać muzykę, z którą jest się tak związanym. Z gatunku, obok Trick of a Tail, nie ma moim zdaniem piękniejszej płyty. Być może Włosi na niektórych albumach potrafili wyczarować cudne melodie, jednak ta brytyjska melancholia wybijająca się z nut ma w sobie to coś. Nadchodzi jesień, kiedy jak nie teraz słuchać takich płyt? Kiedy za oknem zaczną pojawiać się chmury i deszcz można wziąć do ręki kubek herbaty lub lampkę wina i zanurzyć się w tych dźwiękach. Na prawdę warto. 


poniedziałek, 14 marca 2016

Dlaczego nie? Pośród rozlicznych w tym roku informacji niewesołych (Keith Emerson, wielka szkoda- swoją drogą, całej progowej gromadce należą się chyba wiecej niż 2 słowa) pojawiają się też całkiem całkiem niezłe.

Ba, może nawet doskonałe? Już Grandą Brodka dowiodła, ze nie jest ot tam zwykłą piosenkarką popową. A nadchodzący Clashes może okazać się wybitny.

Może, o ile cały album będzie trzymał poziom singla promującego:

WOW, WOW, WOW. Szokująco dobre, to jest dokładnie to, czym pop byłby, gdyby nie był tym czym(niestety) jest. Melodia, refren, który wwierca się w głowę, doskonała aranżacja(dzieje się więcej niż na pierwsze kilka rzutów ucha się wydaje), fascynujący głos. No po prostu magia. A co najlepsze, istnieje realna szansa, że to cudo wybije się także poza granicami polski. Czyli zrobi dokładnie to, na co zasługuje.

Jazda obowiązkowa! Czekam na premiere. Problem polskiej płyty roku byłby z głowy.

PS. Jak niejeden znawca twierdzi, napisać dobrą piosenkę popową jest dużo trudniej niż dzudziestodwu-i-pół minutową suitę rockową. Patrząc na ilość tych pierwszych i drugich- święta prawda.



sobota, 16 stycznia 2016

Gdybym miał wybierać jakąś dekadę, w której chciałbym pójść na imprezę, posiedzieć ze znajomymi przy czymś mocniejszym i ówczesnej muzyce, to, o ironio, nie wybrałbym lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Wybrałbym początek lat dziewięćdziesiątych w Polsce? Dlaczego? Jakoś tak się złożyło, że w tym całym zacnym towarzystwie te lata biją we mnie nieustannie jakąś niesamowitą autentycznością, w Naszych zespołach tkwiło jakieś dążenie wyrażania siebie. I było to wyrażanie bardzo proste, nieskomplikowane, które jednak doskonale oddawało, a przynajmniej tak mi się wydaje, chęć młodych ludzi do zwykłych, autentycznych emocji. 

Wilki, Urszula, Kasia Kowalska czy Edyta Bartosiewicz nagrali wtedy świetne, proste, ale do bólu prawdziwe albumy. Gemini, Biała Droga, Wilki, Przedmieścia czy Emu, chociaż nie wybitnie muzycznie, niosły ze sobą wielką dawkę odczuć, tego, co siedzi gdzieś głębiej i niekłamanej chęci wyrażenia siebie. 

Koncert Kasi Kowalskiej na Woodstocku w 2014 roku był właśnie wyrażeniem tych moich cichych pragnień. Prosto, autentycznie, kameralnie i od serca. Na tym chyba ta zabawa polega.

Jako zakończenie przypomnienie jednego z tych cudnych utworów. Jak rzecz- niby proste, może i szczeniackie. Ale do mnie trafia.

 

poniedziałek, 07 grudnia 2015

Tak na dobrą sprawę w telewizji oglądam tylko Top Geara i The Voice of Poland. Cała reszta miernoty mnie odrzuca, skretynienie wszelkich trudnych spraw w szkole osiąga jakieś niedostępne wydawałoby się poziomy, wiadomości staram się nie oglądać- wiem co się dzieje, więcej nie chcę.

Z tych dwóch rzeczony Voice to takie ustrojstwo ciekawe. Cała masa edycji, wszędzie sukces i wszędzie na prawdę ciekawe głosy. I co ciekawe- z reguły wygrywają ci co ambitniejsi. Każdemu polecam na TwojejTubie rzucić uchem albo i dwoma na zagraniczne wersje. Osobiście polecam najbardziej tą od Włochów, Rosjan, Australijczyków i ewentualnie Niemców. Ale włochów najbardziej.

 

 

Giacomo Voli. I tyle. Tak GENIALNEGO wykonania, którego słucham przynajmniej raz w tygodniu od pewnie ponad roku nie słyszałem. Pomimo, że z włoskim to u mnie dość słabo to doskonale wiem o czym śpiewa. Rzecz bezwzględnie wielka. Jak i z resztą sam zespół. Całej płycie(i nie tylko tej), z której zaśpiewane Impressioni di Settembre pochodzi należałby się solidny tekst. Jak i chyba w ogóle włoskiemu rockowi-progresywnemu. On jest po prostu prześliczny. Nawet te połamańce mają tam jakąś taką nadnaturalną lekkość.

niedziela, 21 czerwca 2015

Cytatem ze znakomitej, skadinąd piosenki znowu na chwilkę wracam. Gdy w Orwellowskim roku 1984 pewien wyrośnięty Szkot wyśpiewywał, że świat jest kompletnie popieprzony trudno było się z nim nie zgodzić. Jak z perspektywy lat, historii, odczuć broni się Fugazi po 31 latach?

Cóż, muzycznie w gruncie rzeczy dostajemy po prostu Marillion. Słychać, że dołączenie do zespołu Ian Mosley'e to dobry krok. Jego gra na perkusji jest różnorodna, ciekawa. Wraz z Pete Trewavasem tworzą bardzo sympatyczną sekcję rytmiczną.

Pierwsza strona płyty mnie zupełnie nie porywa. Assasing nie jest najgorsze, jak zwykle dobry tekst podbija nieco jej wartosć, ale nadal to nie to co w Marillionie lubiłem i ceniłem. Następne Punch and Judy jest już ciekawsze. Krótka, zwarta kompozycja opowiadająca jak zabójcza (dosłownie?) dla małżeństw jest rutyna i zobojętnienie. Kapitalna gra Kellego! Jigsaw kontynuuje dobrą serie, można nawet powiedzieć, że to pierwszy bardzo dobry utwór na płycie.. Znowu magiczne rzeczy wychodzące spod palców Kellego i porywające solo Rotherego. To właśnie ta gitara, która mi się jednoznacznie z Marillionem kojarzyć będzie. Cudne solo. Emerald Lies nigdy nie lubiłem. Jakaś taka muzyczna ameba.

Kluczowa jest jednak druga strona czarnej płyty. Dźwięki organów kościelnych otwierające She Cameleon są magiczne. Fish śpiewa całym sercem, nad wszystkim unosi się dalece niewesoła atmosfera. Nerwowe solo klawiszowe- paluszki lizać. A magia wypływająca ze strun gitary- nie do opisania.

Co potem? Incubus. Dynamiczny, wspaniały utwór z nieśmiertelną delikatną wstawką(You can't brush me under the carpet, you can't hide me under the stairs; The custodian of your private fears, your leading actor of yesteryear...). Potem kolejne magiczne solo Rotherego(chyba pierwszy raz tak rozwija skrzydła, nad jego grą w kilku utworach unosi się aura niessamowitości).

I na końcu Fugazi. Ostatnie cudo na tej, w gruncie rzeczy nierównej płycie. Co tu się dokładnie dzieje nie sposób opisać.

 

W gruncie rzeczy to nie miało być o tym albumie. Jak już o czymś to raczej o Closer Joy Division. Jednak z tym co teraz myślę te ostatnie słowa z Fugazi bardziej korespondują. Jestem idealistą, na wiele rzeczy mam wyrobione, często bardzo mocne, zdanie. Pogodziłem się z tym, że świat to jednak raczej idioci. Minimalizacja potencjalnych rozczarowań to coś, co od na prawdę długiego czasu robiłem. Jednak okazało sie, że nawet w tym wąskim świecie zdarzają się ludzie, którzy gdzieś swoje ideały, moralność, zasady gubią. Szkoda. Wielka szkoda.

https://www.youtube.com/watch?v=qVGHQxWWCyg

czwartek, 09 kwietnia 2015

Trudno jednoznacznie przenieść na nasze urocze słówo maggot. Zarobaczywiony po prostu najbardziej mi spasował.

Bo coś takiego właśnie tu słyszę. Słychać każdą chyba emocje. Szklanka whisky i można słuchać. Bez końca.

Gdyby żył, Eddie Hazel obchodziłby 10 kwietnia swoje 65 urodziny. Geniusz.

środa, 08 kwietnia 2015

Szlachetność i prawdziwość.

 

 

Piękne.

piątek, 06 lutego 2015

O co idzie? O kilka spraw. Sesja wprowadza pewien rodzaj dezintegracji w człowieku, egzaminy z wirusów, immunologii i mikro lekarskiej wzbudzają spory respekt. Idzie też o jeden z dwóch moich ulubionych płyt The Cure. 

Kapela Smitha i spółki wypracowała swoje charakterystyczne brzmienie, tak rozpoznawalnego wokalu i gitar nie jeden zespół mógłby pozazdrościć. O czym to płyta? Zasadnioczo niczym wesołym- przeczytałem kiedyś takie zdanie na temat Disintegration- romantyczna rezgnacja. I coś w tym jest.

Płyta ta to niesamowicie spójne dzieło, nie mogę niczego skrytykować, uwielbiam Plainsong za nisamowity klimat,
Pictures of You za tą romantyczną rezygnację, Last Dance za tekst(co warto odnotować- genialne teksty!), Lullaby za przedziwną wizję i świetną muzykę. Dwa epiki na tym albumie pełnym niesamowitości: The Same Deep Water as You i tytułowy. Co za rozmach,co za emocje!!

Krótko i treściwie- arcydzieło. Klimat, teksty, muzyka(jaka sekcja...). 70 minut zapomnienia i niezwykłej podróży. 11/10!

niedziela, 01 lutego 2015

Dziś dwa tematy. Muzyczny i muzyczny(ale troche z innej strony).

Elton John to poważna osobistość na scenie muzycznej. Wsławił nie jednym nieśmiertelnym przebojem i wieloma znakomitymi płytami. Ja chciałbym dzisiaj napisać coś o mojej ulubionej- Goodbye Yellow Brick Road.

Co to jest za album!! Przebój goni przebój, wielkie utwory lecą jeden za drugim a melodie zapadają w poamięć. Funeral for a Friend/Love Lies Bleeding otwiera album świetną muzyką i jak zawsze dobrym wokalem Eltona. Monumentalny utwór. Candle in the wind zna chyba każdy. Piękna rzecz. Co dalej? Coraz to lepiej. Bennie powala dynamiką, a tytułowy to zdecydowanie mój naj naj od tego Pana. Bajeczna melodia, kapitalny refren, tekst, wokal- dzieło skończone! Z pozostałych to I've seen that movie too ma w sobie coś z tej brytyjskiej nostalgii, bardzo lubie ten utwór. Reszta to mniej lub bardziej dynamiczne utwory. Wszystkie na prawdę świetne.

Pisać o każdym utworze nie widzę sensu- każdy powinien sam posłuchać,ocenić. Nie wierzę, że się nie spodoba.

Teraz druga sprawa- komu się pytam- komu przeszkadzał ten sposób grania muzyki stricte rozrykowej? Połączenie świetnych melodii, ekspresji, charyzmy dawało niesamowite efekty. Nie jest to, przynajmniej dla mnie, płyta przy której usiądęi zacznę myśleć o tym czy tamtym. Chcę się odstresować, posłuchać genialnej muzyki, która nie będzie ode mnie wymagała  wielkiego myślenia, to sięgam czy właśnie po Yellow Brick Road czy po którąś z płyt Waterboys, Manaamu(któremu to należy się nie jeden i nie krótki tekst). Czy ta muzyka jest przez to mniej wartościowa? A skąd. Pokażcie mi wielu artstów,  którzy w tak kapitalny sposób piszą piosenki. Nie wielkie suity rockowe, tylko zwykłe piosenki. Swoja drogą, chyba łatwiej napisać niezłą suitę niż niezłą piosenkę...

 

Jest kilka tematów, które mnie bardzo emocjonują i początkowo chciałem poruszyć dodatkowo jeden z nich, podobno kontrowersyjny. Ale w połowie stwierdziłem, że do tego punktem wyjścia może być inny utwór. Jutro zabieram Cię, drogi czytelniku, do świątyni. A co będzie tego pokłosiem? Zobaczymy. Liczę na dyskusję. I wiem, że pewnie wystawię się na ostrzał.

niedziela, 25 stycznia 2015

 

Nie mampojęcia, dlaczego nie piszę o rodzimej muzyce. Może zakładam, że wszyscy znają? Wątpliwe. W każdym razie, i na naszym podwórku powstało wiele arcydzieł w niczym nie ustępujących dokonaniom zachodnich Mistrzów.

Na pierwszy ogień pójdą Skaldowie, którzy popełnili 3 bardzo dobre, soczyście progresywne płyty. O Krywaniu i Stworzeniu Świata pisać nie będę, natomiast kilka słów o "Od wschodu do zachodu słońca" napisać muszę. Co my tu mamy? Wszystko: moje ukochane hammondy, piękne śpiewy, charakterystyczne dęciaki, połamane rytmy, piękne melodie. Słowem- dla każdego coś miłego. 

Na początku mamy Sarabandę- delikatne wprowadzenie do albumu, garściami czerpiące z klasyki. Potem jest już magicznie. Utwór tytułowy to fantastycznie zaaranżowany utwór, z niesamowitą grą Andrzeja Zielińskiego na organach. Piękny tekst, wspaniały refren. Czego chcieć więcej?

Katastrofa- to już jest prog na całego- zmiany tempa, rytmu, hammondy momentami jak z Deep Purple, znowu świetny tekst. Niesamowite rzeczy.

Co by tu jeszcze wyróżnić? Mateusz IV. Mój ulubiony z tego albumu. Podniosły organowy wstęp,  recytowany tekst, potem śpiew. Wszystko przyprawione fantastycznym współdziałaniem perkusja-bas(dlaczego dzisiaj nikt tak nie robi?). 

I grande finale. Cisza krzyczy. Co za dynamika, co za atmosfera! Troszkę jazz-rockowych wtrętów, niesamowite dialogi gitara-organy. Na koniec jeszcze tylko druga częsć Sarabandy. Wyciszenie. Koniec.

38 minut z kawałkiem. Akurat tyle, ile być powinno. Brak zbędnego utworu, zbędnej nuty. Wszystko przemyślane, dopracowane. Arcydzieło.


I jeszcze jedno. Zespół znany jest raczej ze swoich piosenek typu Kulig czy Prześliczna wiolonczelistka. I słusznie- kiedyś nie było problemu, żeby ambitny artysta nagrał normalną piosenkę(vide: Lucky man ELP). Po pierwsze- pociągnie to cały album, po drugie, zawsze jest szansa, że ktoś będzie szukał dalej, a znajdzie coś innego. I że mu się to spodoba. Czego i sobie i Państwu zawsze życzę.  

 
1 , 2 , 3